Wyprawa Andrzeja Sochackiego

AutoGuard S.A. po raz kolejny zdecydował się wesprzeć kolejną podróż Andrzeja Sochackiego. Samochód tego znanego podróżnika wyposażono w sprzęt GPS, dzięki któremu można śledzić na mapie internetowej postępy wyprawy.
Podczas swojej wyprawy niezwykły podróżnik zamierza objechać dookoła Amerykę Południową.

Będzie to nie byle jaka podróż po południowo-amerykańskich drogach biegnących wzdłuż brzegów, najbliżej wód Pacyfiku, czy Atlantyku. To niemałe wyzwanie w podróżowaniu, tym bardziej, że Andrzej Sochacki będzie jechał przez dziesiątki tysięcy kilometrów w pojedynkę bez żadnej pomocy. Trzeba mieć zaufanie do pojazdu i siebie, być zahartowanym w dyskomforcie, rozłące z rodziną jak i w radzeniu sobie w rozwiązywaniu niespodziewanego problemu.

Samochód: produkt amerykańskiej firmy - GM (General Motor Co.) Oldsmobile Catlass Supreme S, 1997 rok produkcji, 6-cylindrowy silnik 3.1 l pojemności, 205 tys mil ( 330 000 km) na liczniku, (od 6 lat nie produkowany) wciąż jest w dobrej kondycji i wydaje się pewnym w zrealizowaniu amerykańskiej rundy.

Podróżnik zwany "Jędrkiem Wagabundą". Jest założycielem "Fundacji - Centrum Wagabundy".
Przez ponad 10 lat zwiedził 134 kraje na 6 kontynentach. Okrążył Ziemię siedem razy różnymi środkami transportu, startując kolejno: 1977 - 79 samochodem z Nowego Jorku, 1979 samolotem z Los Angeles, 1992 - 94 jachtem z Las Palmas (Wyspy Kanaryjskie), 1994 - 95 pociągiem z Warszawy, 1998 - 99 motocyklem z Phoenix (USA), 1999 - 2000 motocyklem z Tokio, 2007 - samochodem w 30 dni po lądzie (zrealizowana w 23 dni).

Objechał ponadto Stany Zjednoczone przez 32 stany przygraniczne i dwa kanadyjskie, Archipelag Karaibski przez 17 wysp-krajów, Amerykę Środkową i Południową koleją i autobusem.

 


Zapraszamy do lektury relacji z wyprawy, a Podróżnikowi życzymy powodzenia.

W Buenos Aires.

Znajomości sprzed lat

Po minięciu ostatniej płatnej bramki na autostradzie nr „2" łączącej Mar del Plata z Buenos Aires okazało się, że niedaleko jest zjazd na Bernal, gdzie miałem bazę podczas pierwszej podróży dookoła świata.

Gdy podjechałem pod adres, poznałem dom na rogu ulicy, w którym spędziłem kilka tygodni. Ale okazało się, że nikt z moich znajomych od dawna tam nie mieszka. ... Mieszkający tu Argentyńczyk pomógł mi w odszukaniu byłych gospodarzy.
Wielka radość, kiedy Ela Czarnobrawa otworzyła drzwi. Poznaliśmy siebie od razu, niewiele się zmieniła. Nie trzeba było się przedstawiać, poznawać, udawać. Siostra Basia mieszka w Bariloche, ona z mężem Markiem mieszka tu od dawna. Wielka szkoda, że nie spotkałem się z Basią w Bariloche. Noclegowałem półtora kilometra od jej posiadłości.

Starzy przyjaciele oznajmili od razu, żebym czuł się jak u siebie w domu. Więc miałem swoją bazę jak za dawnych czasów od pierwszego dnia. ...Nie mogli mnie zorientować o życiu Polonii, gdyż wiek i dolegliwości zdrowotne nie pozwalały, ale służyli innymi informacjami. To mi wystarczyło. Marek prowadzi warsztat elektryczny, Ela zarządza w Instytucie Języka Angielskiego.

Po przestudiowaniu mapy miasta z Markiem, odwiedziłem znaną mi rodzinę Ćwierzów. Po dobiciu pod wskazany adres, od razu poznałem domek, w którym byłem goszczony. Nic się nie zmieniło w szacie domku, tylko przybyło zabudowań w około. Oczy zrobiłem jak otworzył mi drzwi gość z czarną brodą i wąsami podobny do Ben Ladena. ...Okazało się, że jest synem Karola i Roxany. Na drugi dzień z Łukaszem pojechaliśmy do warsztatu naprawić oberwany tłumik.

 

Wczasy u Carlosa

Po zatelefonowaniu do spotkanego w Peru Argentyńczyka - Carlosa z Buenos Aires, byłem zaproszony w gościnę od zaraz. Więc taksówką na jego koszt pojechałem do biura mieszczącego się w centrum Buenos Aires by z nim pojechać poza stolicę.

Kilka następnych dni spędziłem w towarzystwie Argetyńczyków w ekskluzywnej rezydencji na weekendy, oddalonej 50 km od zatłoczonego miasta. Kąpiele w jacuzi i pływanie w krytej pływalni przywróciły mi potrzebną kondycję do przyszłej jazdy. Zajadałem się co dzień daniami z argetyńskiego mięsa przyrządzanego na rożne sposoby i domowej produkcji serami przez przydzielonego na mój pobyt kucharza. Palce lizać po miękkim i pachnącym jadle popijanym czerwonym winem. Czułem się jak gość nie na tej planecie. ...Ciuchy wyprane, „Zabawka" umyta pierwszego dnia. ...Żyć, nie umierać. Takich wspaniałych dni podczas podróży nie miałem do tej pory.

Ojciec Carlosa, mieszkającego kilka ulic obok przyjeżdżał do towarzystwa wózkiem elektrycznym i zabierał mnie na pole golfowe, udzielając podstawowych wskazówek wymachiwania kijem. ...Nie dla mnie ten sport, za nudny i powolny. Nie widzę w nim korzyści zdrowotnych. ...Namachałem się kijem pierwszego dnia aż ramię bolało. Ojciec Casimir chwalił mnie za szybki postęp. ...Przyjąłem te pochwały jako przyjacielski gest ale golfiarzem nigdy nie zostanę.

Pomyślałem sobie, że Carlos popisywał się tą wspaniałomyślnością. ...Nie wiem czym zasłużyłem na taką, wysokiej jakości, gościnę. ...Może w przyszłości znajdę odpowiedź. Na pewno będę pamiętał długo ten mile spędzony czas.
Odwieziony przez „taxi" wróciłem do swojej bazy u Basi i Marka zadowolony i zrelaksowany. Gdy opowiedziałem im tę przygodę to z trudem uwierzyli. ...Nie takie przygody są celem w tej podróży. Czuję się lepiej jak spotkam jeszcze żyjących kombatantów i weteranów II wojny światowej, którzy mają więcej ciekawych wspomnień z życia niż towarzystwo Carlosa słuchające moich opowiadań.

 

Ruch jak w ulu

Jak we Włoszech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak i w Argentynie wszystkie drogi prowadzą do Buenos Aires. Z Bernal pomknąłem szeroką autostradą do stolicy, w której mieszka prawie połowa mieszkańców kraju. Rozpędem wpadłem na najszerszą ulicę Argentyny - „Av 9 de Julio", która przecina miasto przechodząc dalej w autostradę.

Ruch na ulicach w godzinach pracy jest ogromny, taksówki jeżdżą jak szalone wciskając się w każdą lukę na zatłoczonych jezdniach. ...Tak jak w ulu pszczoły poruszają się, na pozór chaotycznie w różnych kierunkach pracując ciężko, tak i na ulicach panuje chaos łamiący wszelkie zasady ruchu. Na jezdni trzy pasmowej wciska się przed światłami minimum pięć samochodów stojąc w odległości kilku niemalże centymetrów od siebie. Nikomu to nie przeszkadza. ...Odwiedzający ludzie z innych części kraju parkują samochody na peryferiach Buenos Aires i wykorzystują metro, autobusy miejskie lub „taxi", które są najbezpieczniejszą formą komunikacji. Turyści zmotoryzowani mają kłopot w ofensywnej jeździe „na wyczucie".

Gdy formuje się korek na jezdni, wtedy rozlega się dźwięczna muzyka klaksonów czekających z tyłu samochodów. Do tego trzeba się przyzwyczaić i nie przejmować się tym za bardzo - tak poinformował mnie Marek. ...Gdy jest się zbyt uprzejmym na ulicach, wtedy jazda staje się bez końca. Najbardziej arogantcy w jeździe są kierowcy autobusów i większych pojazdów. Dosłownie wpychają się bezczelnie aby tylko róg zderzaka wcisnąć trochę na centymetry przed pojazd. Nauczenie się jazdy na wyczucie zajmuje kilka dni. Reguła „prawej strony" nie istnieje. ...Trzeba być stale skoncentrowanym, oglądać się na boki i rwać do przodu jak inni. A to nie łatwa sprawa.

Chcąc w miarę szybko dojechać pod odpowiedni adres, turysta zmuszony jest do przygotowania się teoretycznie według miejskiej mapy, żeby nie tracić czasu na szukanie nieistniejących nazw ulic. Mapy dosyć dokładnie pokazują układ ulic łatwy do zrozumienia z tym, że trzeba później jechać jak szalony by uniknąć popędzania klaksonami co jest namiętnością południowo-amerykańskich kierowców.
Tragedia jazdy po mieście zaczyna się po zmroku lub w kiepską pogodę, kiedy małe literki nazw ulic są niewidzialne z daleka i trzeba podjechać blisko w celu ich odczytania. Tubylcy są zorientowani w jeździe bez nazw ulic, ale przyjezdni są zagubieni.

 

Polskie miejsca

Po kilku nawrotach dotarłem do polskich miejsc niedaleko centrum miasta. W sąsiedstwie niedaleko od siebie, na ulicy Jorge L. Borges znajduje się „Dom Polski" (Casa Polaca) i „Stowarzyszenie Byłych Kombatantów". W obu miejscach byłem przyjęty bardzo serdecznie. Sekretarz Domu Polskiego pan Henryk Kozłowski udostępnił mi adresy miejsc, których szukałem. Niestety, większość z nich jest już historią. Niewielka garstka spotyka się od czasu do czasu w „Domu Polskim" . Zauważyłem, że odbywała się lekcja polskiego w jednej z sal.

Utrzymanie tej placówki polonijnej bez wsparcia finansowego polskiej ambasady byłoby niemożliwe. Dzięki temu budynek jest odrestaurowany i stanowi wizytówkę całej Polonii w Buenos Aires i okolic. Brawo! Dobrze by było żeby pod koniec życia odchodzący w niebiosa starzy, zchorowani kombatanci i weterani z II wojny światowej odczuli opiekę swojej Ojczyzny, tak im potrzebną.

Miłym momentem pobytu w Buenos Aires było uczestniczenie w obiado-kolacji na zaproszenie Prezesa Stowarzyszenia Byłych Kombatantów. Prezes Franciszek Slusarz (85) zaopiekował się mną jak bratem. Miałem możliwość przedstawienia swojego celu tej wokołoziemskiej podróży. A celem (dla przypomnienia) jest zorientowanie żyjących kombatantów lub ich rodzin o możliwości zaopiekowania się ich trofeami wojennymi przez Muzeum Armii Krajowej w Krakowie.

W dzierżawionej sali, kilkanaście domów odległej od „Domu Polskiego" obiad wyglądał jak rodzinna uczta. Ludzie schodzili się i schodzili. Myślałem, że się nie pomieścimy. ...Uspokoił mnie prezes.
Panie przygotowały obiad z czterech dań: kanapeczki, barszczyk czerwony, befsztyk z surówką i ziemniakami, tort z ciastkami do wyboru, szampan i inne trunki pod smak gości. Siedziałem w towarzystwie prezesa stowarzyszenia, vice prezesa Edwarda Arendarza (86) i dwóch księży. Choć aktywnych weteranów było trzech, salę wypełnili ich synowie, przyjaciele i potomkowie polskich weteranów wojennych z innych krajów. Wszyscy tworzyli mieszaną grupę, która od lat spotyka się w soboty na „rodzinnym obiedzie". Choć większość z nich komunikuje się po hiszpańsku, to z dumą pielęgnują tradycje swoich ojców.
Należąca do tej grupy pani Irena uczy języka polskiego wśród rodaków jak i sympatyków naszej Ojczyzny. Udziela lekcji wyjeżdżającym do Polski na wakacje lub studia. Są starsi i młodsi.

Do pochwał trzeba dołączyć mozolną pracę pani Barbary Sobolewskiej - redaktorki „Głosu Polskiego", osoby poświęcającej wiele godzin bezinteresownie dla utrzymania prasy polskiej wśród kurczącej się szybko grupy polonijnej. Niezależnie od pory dnia i nocy stale jest gotowa tam gdzie toczy się sprawa polska. Panie wiedzą, że bez języka polskiego trudno jest zachować polskość na obczyźnie i miłość do Ojczyzny swoich przodków. Brawo! Życzymy wytrwałości w pracy.

Nadszedł czas opuszczenia kraju. Azymut - północ kontynentu po stronie Atlantyku.

Pojechałem z pożegnaniem w ostatnie odwiedziny sprzed lat - Elżbiety i Marka Cząstkiewiczów oraz Roxany i Karola Ćwierzów. ...Do zobaczenia następnym razem ...w Arizonie.
Zajrzałem jeszcze do warsztatu komuterowego Jorge (syna Polaka i Włoszki), który czekał na mnie z pomocą. Co dla mnie było zagadką to dla niego zabawą. Wielkie dzięki mu za usunięcie z laptopu wirusa i za szybsze jego działanie. Będę spokojniejszy w drodze, że nic nie zgubię z arhiwalnego materiału, który posłuży mi do napisania książki po powrocie.
...Ostatnia kawa przypadła w Stowarzyszeniu Kombatantów. Zasiedziałem się w przyjaznym gronie. Krótki wywiad z Barbarą Sobolewską - redaktorką „Głosu Polskiego" przeciągnął się nieco.
Nie wystarczyło już czasu na krótką drzemkę przed drogą.

O drugiej w nocy siedziałem w Zabawce" i studiowałem mapę jak najszybciej wyjechać z miasta i znaleźć się na autostradzie zwanej Panamerykaną.

Wyjechałem z Buenos Aires nocą by zdążyć na umówione spotkanie o 12:00 w Montevideo. Wyjechałem z Argentyny bez lekarstw. ...Tylko żebym nie zasłab po drodze z ich braku przy sobie. Zadzwoniłem do żony z prośbą o ponowną wysyłkę tym razem na adres mojego znajomego w Brazylii z nadzieją, że nie wykręci mi takiego numeru jaki usłyszałem w Buenos Aires.

 

Kilka cyferek:

Ilość dni w Argentynie - 20
Na paliwo wydane - około 535.- USD
Przejechanych w kraju - 2,536 mil (około 4,225 km)
W Południowej Ameryce przejechanych - 10,711 mil (około 17,851 km)
Spędzonych dni w Ameryce Południowej - 90
Ogólnie dni w podróży „8 - 2" - 121
Z Phoenix, Arizona na liczniku - 15,170 mil (25,283 km)
W tym czasie 1.- USD = 4.35 peso argentyńskie

 

 

Pożegnanie Ushuai i „Ziemii Ognistej".


Chile Dopełniłem zbiornik paliwa na stacji w centrum miasta przy porcie, odebrałem w redakcji kopię gazety z reportażem o wizycie w Uszhuai i pojechałem w stronę rogatek miasta. Było po 15:00, słońce i niebo bez chmur. ...Od pierwszego patrolu dowiedziałem się, że droga jest w „dobrej kondycji" i po otrzymaniu instrukcji defensywnej jazdy puścili mnie dalej.

Szybko zleciał czas do granicy chilijskiej, gorzej było na granicy. Dwa autobusy pełne turystów zablokowały dojście do okienek tranzytowych. A tak się spieszyłem, żeby przed nocą dobić do Sombrero. Po odprawie granicznej o godz 19:00 zdecydowałem pojechać dalej. Lepiej przenocować u Rodriga niż czekać na granicy do następnego dnia. Temperatura dodatnia sprzyjała mi w podjęciu decyzji pokonania ostatniego 110 km odcinka po tej kiepskiej drodze.

...Zaczął padać deszcz. Po pewnym czasie odczułem trzęsienie „Zabawką", nie było gdzie zjechać żebyChile sprawdzić co się stało. Zatrzymałem się w końcu, ...obszedłem samochód po błocie i ...pech!, zobaczyłem kapeć w tym samym kole. Co robić? Jest noc, czarno dookoła, zimny deszcz, wąska kamienisto-ziemna droga i nie ma gdzie zjechać a tiry jadące tranzytem przez Chile dalej na północ Argentyny mijają mnie bez przerwy i chlapią błotem na samochód. ...Płakać się chce w takiej sytuacji. Mam to czego nie chciałem.

...W końcu podjechałem na kapciu do przodu wzdłuż rowu by zatrzymać się na jego krawędzi. „Zabawka" pochylyła się niebezpiecznie na bok, że ja bałem się siedzieć w niej. Ale nie miałem wyjścia, postawiłem trójkąt z tyłu na drodze i czekałem aż deszcz, który zwiększył się i zacinał przestanie padać. ...Okryłem się kołdrą i zasnąłem na siedząco nie wiem kiedy.

...Obudziło mnie pukanie w szybę. ...Co się stało, czy wyciągnąć samochód na drogę? ...zapytał patrol nocny. ...Nie, czekam aż deszcz przejdzie by zmienić koło. ...Tu niebezpiecznie stać, może dojść do kolizji. Chile ...pomożemy zmienić. ...Odjechali i po kilku godzinach wrócili z podnośnikiem. W tym czasie kilka tirów zatrzymało się oferując pomoc w wyciągnięciu, z kanapkami czy piciem. Na odpowiedź, że czekam na umówioną pomoc odjeżdżali.

Przyjechali, pomogli przenieść bagaż z kufra do środka i samochód powindował do góry, zapasowe kółko wymieniło przedziurawione. ...Operacja trwała około 20 minut a zabrudzeni błotem wyglądaliśmy jakby cały dzień zleciał przy pracy. ...Przysługa gratis, ...to w ramach potrolu nocnego ENAP (Empresa National del Petrolio). Obszedłem samochód dookoła i sprawdziłem, czy wszystko w porządku i wszystko zabrane z drogi. Ofiarowałem im na pamiątkę pióra i breloczki z polską banderą. ...Ucieszeni, że zagrożenie zderzenia minęło odjechali a ja powoli na małym zapasowym kółku pojechałem w stronę Cerro Sombrero.

Pod dom Rodriga zajechałem około 6:00 rano. Nie budziłem go, dospałem w samochodzie do dnia. ...Niemalże obrażony był na mnie, że nie wszedłem do środka. Przeczuwając mój powrót nie zamknął drzwi na klucz, były otwarte całą noc.
...Jak mu opowiedziałem przygodę szybko zorganizował dzień. ...Zabrał koło do wulkanizacji, zrobiliśmy zakupy i umyliśmy „Zabawkę" z błota. Zdradziłem, że czuję ból w gardle i kaszlę. ...Rodrigo zadzwonił, ...pojechaliśmy do szpitala, ...zastrzyk na zmniejszenie dolegliwości zadziałał szybko. ...Ciuchy brudne znalazły się w pralce.

Niedziela, 19 czerwca. Za dnia zacząłem przepakowywanie wszystkiego. Denerwował mnie bałagan poChile wielokrotnych granicznych kontrolach i ostatniej nocy. Wieczorem miła atmosfera. Wiezione wino z Arizony na celebrowanie przyjazdu do Ushuai znalazło się na stole. W towarzystwie kolegi lekarza szpitalnego i sąsiada wznieśliśmy toast za szczęśliwy powrót w porze zimowej z Ushuai.

Domek Rodrigo zamienił się w podróżniczą bazę. Atmosfera przyciągała sąsiadów i przyjaciół. Zatrzymałem się kilka następnych dni by wydobrzeć i nadrobić zaległości dziennikarskie. Na rękę mi to było, gdyż skończyła się na Vizie gotówka i zmuszony byłem do przeczekania nowego kryzysu finansowego, spowodowanego dodatkowymi wydatkami z reperacją opon. ...Wieziony prowiant zaczął się przydawać.

...Zapowiedziano w TV, że chmury śnieżne nadciągnęły nad miasto. Byłem gotowy do podróży.
... Plan jazdy: jak najszybciej i jak najdalej na północ, by wyrwać się ze strefy zimowej. Potem mogę zwolnić.

24 czerwca, piątek, po godz 9:00 wyjechałem od Rodrigo z nowej bazy podróżniczej. Śnieg zaczął prószyć, dookoła zrobiło się biało. To był znak, że czas najwyższy w drogę.

Przeprawa promem i kikanaście kilometrów ostrożnej jazdy do rozgałęzienia dróg. W lewo droga do Punta Arenas, w prawo do przejścia granicznego i dalej do Rio Gallegos w Argentynie. Z uwagą skręciłem na drogę prowadzącą do ostatniego przejścia granicznego z Argentyną w tej podróży.

 


Trochę cyferek:


Z bazy w Phoenix, Arizona do Ushuai - 12,308 mil (około 20,515 km)
Z Cartageny do Ushuai - 7,894 mil (około 13,500 km)
W Chile - 1X przebita opona
W Chile benzyna - 620.- USD
Ogólnie spędziłem w Chile 25 dni.
W tym czasie $ 1.- USD = 420.- peso chilijskie

 

 

Przystanek w Mexico Ciudad D.F.


Sobota, 5 marca, 2011 roku. Godzina 9:00. Ostatnie spojrzenie na spakowaną „Zabawkę" (imię samochodu). Wszyscy domownicy w pracy lub szkole. Lekkie śniadanie, zdrowaśka i z Panem Bogiem w ciszy i spokoju ruszyłem w słoneczną arizońską pogodę. Jadę solo, bez pomocy z boku! Jadę po przetartym niedawno szlaku w pobliże kontynentu południowo amerykańskiego, do Panamy. Tam rozejrzę się za transportem.

...Samochód załadowany na dobre i na złe. Rozpędzał się wolno. Po kilkunastu minutach rozgrzewki osiągnął podróżną szybkość. Silnik pracuje cicho i równo. Poza miastem, włączyłem regulator stałej prędkości 120 km/h. Czuje się komfort jazdy. Noga z gazu zdjęta odpoczywa, skoncentrowanie polega tylko na bezpiecznej jeździe i przestrzeganiu przepisów.
Nie zatrzymuję się na posilenie. Kilka kanapek, smacznych pierogów i placków ziemniaczanych, cytrusowe owoce i orzechy z własnego ogrodu zaspokajały i cieszyły mój żołądek w czasie jazdy. Pogoda w górzystej części drogi nieco dała się odczuć; zaczęło strzykać w kościach. Porwisty zimny wiatr wyrywał kuliste uschłe krzaki i toczył po autostradzie. Nie zawsze wyhamowałem by nie rozbić na kawałki zdrewniałej rośliny. Nie obeszło się bez szkody dla samochodu.

Po przejechaniu pierwszych 500 km tankowanie i krótki odpoczynek; kilka ćwiczeń rozluźniających. Zauważyłem zbite szkło w halogenie z przodu. Nie dało się uniknąć zderzenia z fruwającymi krzakami z dużą prędkością. Zauważyłem też wielką plamę paliwa pod samochodem. Ciekło prawie ciurkiem. Strach mnie ogarnął, pomyślałem, że pękł gdzieś zbiornik paliwa, ...lecz po chwili ciekło coraz mniej. Szalejąca wichura przewracała wszystko na stacji co stało luźno. Z ledwością otworzyłem drzwi do samochodu. Gdy wsiadałem to przycieły mi nogę tak, że pozostał siniak. ...Pojechałem dalej. Po drodze zacząłem czuć benzynę w środku ale po pewnym czasie nieprzyjemny zapach ulotnił się; ...starach odleciał.

...Planowałem odwiedzić starego przyjaciela w stanie New Mexico, więc zajrzałem do niego by przy okazji skorzystać z fachowej pomocy, jest mechanikiem samochodowym. Pech. ...Wiesiek rozchorował się i leżał w łóżku. Doszliśmy do wniosku, że przelałem przy tankowaniu lub zbiornik cieknie gdzieś w górnej części. Pocieszył mnie tylko, że nie wybuchnie ale zasugerował sprawdzić jak najszybciej szczelność zbiornika gdzieś w warsztacie po drodze. ...Nie mam czasu i pieniędzy na dodatkowy remont. Zdecydowałem jechać dalej. W planie było jak najszybciej zrealizować pierwszy etap i znaleźć się w Meksyku mieście. Tam pomyślę o sprawdzeniu zbiornika.

Przed granicą meksykańską zwiedziłem okazyjnie farmę kogucią. Dowiedziałem się przez przypadek podczas rozmowy, dzięki rzucającej się w oczy grafice samochodowej, z jednym farmerem na stacji benzynowej. Nie słyszałem przedtem o takiej. Otóż w kilku tysiącach wolno stojących oddzielnych klatkach z siatki znajdowały się pojedynczo koguty. Cała farma piała głośno na całą okolicę. Nic by nie było dziwnego dla mnie gdyby nie fakt, że to były specjalnie wyselekcjonowane koguty-wojowniki na sprzedaż do Meksyku i dalej w głąb Ameryki Południowej. Do tej pory znałem te zwierzęta z walk i hodowli po kilka sztuk przez miłośników i hazardzistów tej rozrywki. A tu nagle wielka połać ziemi i zmechanizowana hodowla. Woda z potrzebnymi witaminami i minerałami automatycznie rurkami przesyłana do zbiorników w klatkach. Pasza rozwożona ciągnikiem z przyczepką automatycznie dawkującą mieszankę. Nie można było zbliżyć się do klatki bo rzucały się na widok wyciągniętej ręki. Te kilka tysięcy sztuk walecznych kogutów obsługiwał jeden farmer.


Granica


Jadę według znaków w stronę przejścia granicznego. Widzę napisy: „Eagle Pass" (Orle przejście) i „Piedras Negras" (Czarne skały), to już niedaleko. Za kilka dolarów przejechałem most przedgraniczny z pasem dla pieszych nad Rio Grande, będącym niemal wjazdem granicznym. Powoli zbliżałem się w rzędzie samochodów do granicy. ...Widzę już szlaban. Zatrzymuję się. Nikt nie wychodzi. Zapala się zielone światło, szlaban podnosi się, więc ruszyłem powoli. Z dala widziałem rozmawiających policjantów. Nawet nie spojrzeli w moją stronę, więc pojechałem dalej i skręciłem szybciej w ulicę miasta. Źle bym się czuł gdyby jakiemuś celnikowi odbiło i szukał by czegoś robiąc mi bałagan w upakowanym samochodzie. ...Tak samo przekraczały granicę inne samochody. Nie do wiary, czyżby odprawa celna i paszportowa była zniesiona. Kilka tygodni temu byłem na plaży w Meksyku i żądali wizę, lecz z amerykańskim paszportem puszczali bez problemu. ...Skończyłem szybko rozmyślania na ten temat. Zatrzymałem się pospiesznie przed ulicznym kantorem by wymienić dolary na peso. Wymieniali bez problemu każdą sumę. Z boku kantoru na placu bankowym inni korzystali z wymiany automatycznej. Samochody podjeżdżały do słupa, gdzie była rura z okrągłym pojemnikiem. Wsadzało się dolary i wysyłało przyciskiem do budynku bankowego. Po chwili pojemnik wracał z peso. Ale korzystali ci co mieli konto w tamtejszym banku.

...Znaki drogowe wyprowadziły mnie na odpowiednią autostradę. W oczy rzucało się dużo jeżdżących samochodów po ulicach z uzbrojonymi żołnierzami. To walka rządu z bandami narkotykowymi. ...Płatnymi autostradami jechałem do celu. W okolicy San Luis Potosi zjechałem by zobaczyć kolonialny kościółek i cmentarz przy nim z ciekawymi grobowymi pomnikami różnej wielkości, kształtu i rzeźby.

Po 15 godzinach dziennej jazdy zatrzymałem się na bezpieczny nocleg tuż za płatną autostradową bramką w okolicy miasta Satillo. Tak jak wszyscy kierowcy TIR-ów i ja się przespałem. Była to pierwsza noc w „Zabawce". Noc dosyć ciepła, nie wymagała śpiworu. Obudziło mnie pukanie do okna. To policjant, powiedział z uśmiechem „buenos dias". Czas wstawać i w drogę. Dzięki mu za to, zmęczony spałbym jeszcze dłużej na miękim materacu, a do przejechania jest około 900 km.

Autostrada płatna ma trzy pasy. Po prawym jadą wolniejsze pojazdy z TIR-ami włącznie. Środkowym szybsze samochody. Ten pas służy także do wyprzedzania. A po lewym to już same najszybsze a wśród nich zauważyłem najczęściej znak „VW" na masce, który mówi sam za siebie. Ja również jechałem lewym pasem ale byłem zmuszany przy szybkości 130 km/h zjeżdżać często na prawo i dać się wyprzedzić.
...Zaczęło doskwierać, monotonna jazda prostymi i długimi odcinkami stawała się śpiąca. ...Ożywiłem się nagle, gdy minąłem wywrócony TIR z dwiema pokręconymi przyczepami na bok i rozwalonym towarem w rowie po drugiej stronie drogi. Wyglądało bardzo groźnie.


 

 

Mexico City Distrito Federal

Rozpędem wjechałem autostradą w stolicę Meksyku w miasto Meksyk, będący moją końcówką w pierwszym etapie do Ameryki Południowej. Tu mam swój gościnny pokój od dawna w domu śp. Jerzego Skoryny Lipskiego, którego poznałem 35 lat temu podczas pierwszego okrążania „VW-garbusem" naszej planety. O śmierci dowiedziałem się pisemnie e-mailem. Łzy cisnęły się do oczu, gdy odwiedziłem w towarzystwie żony Deli, miejsce pochówku w krypcie kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej, którego pan Jerzy był pomysłodawcą. ...Kilka miesięcy temu żartowaliśmy sobie jak zwykle podczas odwiedzin.

Ten wierny Polsce patriota do ostatnich chwil swojego życia był jedynym polskim weteranem w Meksyku. Pokój urzędowania pana Jerzego zastałem nie naruszony. Wystrój salonu z pamiątkami archiwalnymi zmarłego kombatanta wojennego bije polskością jak za dawnych czasów. Upłynęło kilka miesięcy od śmierci Jerzego Skoryny a wydaje się jakby wyszedł na chwilę, wszystko leży na miejscu nie ruszone. Cześć jego pamięci! Syn Staś zobowiązał się wydać pamiętnik biograficzny tego Wielkiego Polaka, przedstawiciela Delegatury Rządu Polskiego w Londynie na Meksyk i postanowił prowadzić dalej działalność swojego taty w imię polskości.

...Po krótkiej dwudniowej wizycie, potrzebnym odpoczynku i wysłaniu korespondencji jestem gotowy do następnego etapu przed Południową Ameryką. ...Zrezygnowałem z reperacji zbiornika. Od startu w Phoenix, Arizona do Meksyku miasta przejechałem 2 122 mile (3 535 km). Wydałem na benzynę około 140 USD. Średnio za 1 USD przejechałem około 15 mil (24 km). Nie jest tragicznie. Samopoczucie dopisuje.

Zasyłam Pozdrowienia!

 

 

 

Sobota, 12 marca 2011, siódmy dzień jazdy. Z samego rana odwiedziłem Bazylikę Matki Boskiej  z Guadelupy - Królowej Ameryki Płd. mieszczącej się przy placu „De las Americas". Jest to katolicka świątynia meksykańskiej patronki Guadalupe Virgin. Przy Starej Bazylice (Basilica Antigua) zbudowanej w 1709 roku znajduje się Nowa Bazylika (Basilica Nueva) mogąca pomieścić około 10 000 ludzi, zbudowana  w 1976 roku będąc w kontraście z istniejącymi budowlami. 

...Pielgrzymów jak zawsze - masa. Byłem świadkiem pokazów jednej z grup, która według starych rytuałów śpiewała i tańczyła na placu przez kilka godzin. Odwiedziłem też plac „Trzech Kultur": prahiszpańskiej, azsteckiej i kolonializmu hiszpańskiego połączonego z meksykańską. Ostatni raz zwiedzałem te okolice kilka dni po trzęsieniu ziemi w 1985 roku.

Tego dnia zajechałem jeszcze do fabryki VW w Puebli, by nawiązać kontakt w sprawie autobusika „ogórka". Później zboczyłem z głównej drogi na miasto Oaxaca. ...5 minut zabrakło do zwiedzenia ruin. Strażnik przy szlabanie nie dał się uprosić na wjazd; zawróciłem na drogę. ...Na stacji benzynowej pod okiem strażnika z bronią zasnąłem szybko w „Zabawce" a przejechałem około 800 km. Wspomnę, że stacje benzynowe są strzeżone całodobowo, wyposażone są w pomieszczenia sanitarne dostępne dla kierowców podczas tranzytowych przemieszczeń.

 


Gwatemala już blisko

Od samego rana myślę o syna Czarka urodzinach, jak spędza swoje święto. ...Szosa w Meksyku nie zmienia się, co jakiś czas dziury i nieoznakowane garby (topes) w poprzek drogi dają się we znaki. Około 50 km przed granicą gwatemalską pech. Wpadłem prawym kołem w wyrwę. Rzuciło samochodem, zaczęło trząść. Stanąłem, gdzie widać było kawałek pobocza. Kapeć. ...Rozglądam się wokoło. Pusto z wypaloną trawą i małymi krzakami, górki większe i mniejsze, żar z nieba i to wszystko na pocieszenie. ...Zacząłem odkręcać śruby w kole. ...Usłyszałem jakiś głos z motocykla: poczekaj, przywiozę mechanika. ...Przerwałem pracę. ...Przyjechało dwóch, odkręcili koło i pojechali zreperować. Okazało się, że opona jest nie do zreperowania. ...Nowa była, jeszcze na gwarancji ...i co mi z tej gwarancji w drodze, kiedy trzeba kupić następną.  Kupili, przywieźli, zamontowali. Opona łysa jak moja głowa ale użyteczna. ...Jechałem ostrożnie, byle do przodu, wypatrując jakiegoś warsztatu naprawczego.  Do granicy niedaleko. Za ostatnie pesa zafundowałem kolację. Kanapki - placki z mięsem z pnia i anansami przywróciły mi humor.

 

...Odprawa graniczna przeciągnęła się do ciemności. Pozwolono zaczekać do rana na przygranicznym parkingu, by ruszyć dalej. Nie znalazłem otwartego miejsca z oponami; była niedziela. Pierwsza za granicą stacja benzynowa z gwiazdą Dawida, napełniłem koszerną benzyną do końca. Niemiłym widokiem był wywrócony na bok przy krętej górskiej drodze TIR z przyczepą. Przyczyną wypadku było oślepienie przez pojazd jadący z góry.

 

W Salwadorze

Zauważyłem znak opony na słupie, zajechałem. Mieli jedną w niezłym stanie. Przy tej okazji chciałem zrobić rotację. Nic z tego, nie można odkręcić dwóch śrób. Zdecydowaliśmy, że na drugi dzień muszę pojechać do specjalnego zakładu, który wyeliminuje usterkę. Gdyby pękła z tyłu, prawdopodobnie stał bym jeszcze w Meksyku.

Rano pojechałem do specjalisty...Po kilku godzinach mocowania udało się odkręcić dwie zatarte śruby. Okazało się, że przy zakładaniu nowych opon w Phoenix niemyślący mechanik, jak każdy spieszący się w pracy Amerykanin, wkręcił ganem w pośpiechu nakrętki w nieodpowiednią ścieżkę gwintu na śrubie i pod uderzeniem pneumatycznym zakneblował je. Cała przygoda z kołami była niepotrzebna. ...Teraz będę mógł szybciej jechać, ...a oto mi chodzi. ...Rotację kół zdecydowałem zrobić w Panamie przed Ameryką Południową. Jazda po szosie przeplatanej jakościowo nie należała do przyjemności. Częste ostre hamowania przed zmianą jakości nawierzchni dała się weznaki hamulcom. ...W jednym momencie gładka szosa wpadała w piaszczysto - kamienistą drogę, w drugim pojawiały się rozsiane często dziury jak wulkaniczne kratery, w innym jakby kawałek nawierzchni był wycięty i przeniesiony w inne miejsce. Wpadało się jednym skokiem w dół aż zęby zgrzytały.


Ach ten Honduras!

Błędem było jechanie do oporu w stronę granicy. Obecnie Honduras należy do niebezpiecznych krajów tak dla turystów, jak i dla obywateli. Bieda zmusza ludzi do oszustw i kradzieży, gdzie się da i co się da. Poza tym kraj jest opanowany przez korupcję i narkotyki.

...Szybko zrobiło się ciemno. Na granicy spotkałem trzech podróżników jadących na rowerach. Wszyscy pilnowali jeden drugiego przed wałęsającymi się bez żadnej opieki wyrostkami. Ja dałem pół dolara za pilnowanie „Zabawki", w której nie zamykają się drzwi i nie domykają okna. Przed 22:00, kiedy robiło się pusto, spytałem celników o możliwość przenocowania na granicy, kategorycznie odradzili mi, że nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za uszkodzenia samochodu, jak i za kradzież. Otwarcie powiedzieli, że panuje w kraju bezprawie i na granicy też. Nie proponują jazdy nocnej, gdyż zdarzają się rabunki samochodów turystycznych. Policja nie urzęduje i nie interweniuje w nocy, boi się band narkotykowych, na które nie ma lekarstwa. Kraj jest skorumpowany od strony Pacyfiku. ...Szybko musiałem zwinąć się z tego niepewnego miejsca.

...Zajechałem do pierwszego lepszego hotelu. Zajęty. ...Słysząc tę odpowiedź, jeden szofer od „Moto-taxi" zaproponował nocleg u siebie gratis, Zgodziłem się. ...Zajechałem do jego posiadłości. Bramę zamknął. Pokazał sypialnię gościnną, w której znajdowały się porozwieszane hamaki od słupa do słupa. Zrezygnowałem z propozycji. ...Przyzwyczajony jestem spać na płaskim podłożu a nie w zgięciu. ...W „Zabawce" wysypiam się bez problemu. ...Gadaliśmy długo. Okazało się, że Manuel - właściciel tego domostwa jest katolikiem o dobrym sercu. Wychowuje syna starszej córki, która umarła przy skomplikowanym porodzie. Ożenił się z wielodzietną rozwódką, którą mąż zostawił dla innej. Wszystkich kocha jednakowo. Dałem mu 50 proc. wartości noclegowej w hotelu. Uradowany miłą niespodzianką zawołał zaraz żonę, wskazał mi łazienkę na zewnątrz. ...Za kurtyną, pod blachą wziąłem kąpiel na stojąco polewając się garnkiem zimną wodą. Poczułem się od razu żwawiej.

Przespałem planowaną pobudkę o 7:00 rano. ...Kiedy Manuel zauważył, że krzątam się koło samochodu, szybko zorganizował śniadanie. Placki z serem i kawa z mlekiem. Musiałem zjeść przynajmniej dwa, czekał. Zapraszał w odwiedziny. ...Kilka kilometrów dalej zatrzymałem się przy następnym wywróconym TIR-ze by zrobić zdjęcie. Patrzyłem jak młodzieńcy wyrywają trąbkę pneumatyczną nie zwracając uwagi na karabiny w rękach stojących policjantów. Kiedy pokazałem ten widok grabieży jednemu z nich usłyszałem odpowiedź: „Co mam go w kajdanki zakuć za to?". ...Zrozumiałem sytuację i pojechałem.


W Nikaraguii

16 marca, środa. Odpocząłem na granicy nerwowo. Nie musiałem bać się o ekwipunek w środku „Zabawki". Uśmiech na twarzy granicznych urzędników rozładowywał atmosferę czekania na szybsze załatwienie. Do odwiedzenia przyjaciół sprzed lat zostało kilka godzin jazdy. Pogoda wspaniała, droga równa, humor dopisuje, nic nie może się przydarzyć. ...Nie może?!...
...Około 100 km od dłuższego postoju zobaczyłem nagle jak wskaźnik temperatury zbliża się szybko do czerwonych kresek. Coś nie tak. ...Zatrzymałem się natychmiast na poboczu. Zajrzałem pod maskę i słyszałem jak syczy gdzieś wydobywający się płyn w górnej części chłodnicy. Plama na piachu. Wlałem zapas płynu.
 ...Podjechałem do przodu i zatrzymałem się za skrzyżowaniem dróg jakiejś wioski. ...Widząc unoszącą się parę przybiegło dwóch młodzieńców i wskazali mi warsztat mówiąc - naprawimy. Podnieśli maskę i decyzja padła z ust szefa mechanicznej grupy: „wyjmujemy chłodnicę". Zamurowało mnie. Ledwo skończył się jeden problem, a zaczął się drugi. ...No cóż, nie miałem wyjścia, wyjęli chłodnicę. ...Dziś jest za późno na zawiezienie do naprawy, jutro taniej i lepiej. Mam bezpieczne miejsce na nocleg. ...Stało się to 10 km przed większym miastem - Esteli.

Zobaczymy co nowego przyniesie następny dzień.

17 marca, czwartek....Po popołudniu zobaczyłem chłodnicę z nową metalową częścią. Była ręcznie dorobiona z kawałka blachy. Na oko wyglądała podobnie. ...Po godzinie 15:00 wyjechałem na próbną jazdę. ...Nie zauważyłem nic złego. ...Następny nieprzewidziany wydatek i następny problem z głowy.
...Pod wieczór zdążyłem dobić do starych znajomych sprzed lat, mieszkających w Tipitapa. Radość ze spotkania. Czuję się tu jak w rodzinnym gronie. Mam dostęp do internetu, pokoik i lodówkę z różnymi napojami.
Zatrzymałem się do następnego dnia.

 

Trochę liczb:
Przejechana odległość: - USA 633 mile (około 1,055 km)
                                   - Meksyk 1,627 mil (około 2,710 km)
                                   - Gwatemala 532 mile (około 880 km)
                                   - Salwador 425 mil (około 715 km)  
                                   - Honduras 103 mile (około 170 km) 
                            Ogólnie od startu 3,320 mil (około 5,530 km)
11 dni w podróży, przedciętna dawka dzienna - 302 mile (około 505 km)

 

 

Jeszcze w Nikaragui - następny etap podróży.

Piątek, 18 marca, 2011. Nie dała mi pospać właścicielka restauracji Mirna oznajmiając, że śniadanie czeka na stole. ...W towarzystwie córki Marii Eugeni, wnuczka Hugo kończyliśmy wczorajsze nieskończone tematy. Padło pytanie, czy mógłbym pomóc dla Hugo w załatwieniu wizy do USA. Nie mogłem nie odmówić. Zobowiązała do tego wieloletnia przyjaźń. ...Wyjadę najwyżej później.
...Nie tak łatwo jakby się wydawało z tą wizą. Trzeba wpłacić było pieniądze na podróż Hugo do banku i czekać do poniedziałku, by dowiedzieć się jaka jest dalsza droga załatwiania.. ...Mam w ten sposób nieprzewidziane mini wakacje podczas podróży.
Spało mi się w „Zabawce" dobrze, ...do czasu, kiedy w środku nocy jakiś typ otworzył drzwi w samochodzie. Przestraszyłem się nieco. Złapałem puszkę z syreną pneumatyczną, ...zawyła strasznie, złodziej mało co się nie przewrócił, zaskoczony taką reakcją w środku samochodu. ...Uciekł szybko jak mógł. Nie byłbym w stanie go dogonić. ...Jak to dobrze, że nie dałem się namówić na komfortowe spanie w pokoiku gościnnym. ...Potwierdziło się, że nie ważny jest komfort, ważne w podróży jest bezpieczeństwo całości ekwipunku, którego nie ma się na wymianę.

Kąpiel w ogrodzie z naczyniem w ręku orzeźwiła mnie. ...Już w Meksyku słyszałem, że w Nikaragui jest deficyt z wodą. Woda kapie z kranów w porze nocnej. Bardziej zapobiegawczy nałapali jej. Zaproszony zostałem na przejażdżkę w okolice jeziora Managuły („Lago Xolotlan"). Ładne miejsce wieczorem, kiedy wszystkie światła łącznie z „luna parkiem" tworzą kolorową łunę nad wodną przystanią. ...Wróciliśmy okrężną drogą, zwiedzając stolicę Managuę. Ciekawym historycznym pomnikiem została stara katedra („Catedra Vieja de Managua"), która całkiem nie rozpadła się po trzęsieniu ziemi.
Po kolacji obejrzałem boks w TV. Bokser - Chocolitito, ulubieniec Nikaragui wygrał walkę. Cała Nikaragua żyła tą walką na drugi dzień. ...Jedna z kelnerek, żeby dorobić sobie uprała mi ciuchy za parę dolarów. Tak naprawdę to nudzę się czekając na sprawę z zaproszeniem.

Propozycja Hugo wycieczki do Granady nad jezioro Nicaragua przyjęta z radością nie doszła do skutku. Czekałem i czekałem na wyjazd. W między czasie poszedłem do fryzjera z myślą o jutrzejszym dniu. Wejście prosto z szosy do środka. Małe lusterko wisi na ścianie, można się z daleka  zobaczyć. Ostrzygł mnie krótko, ogolił na leżąco, powyrywał rosnące niepotrzebnie włosy z uszu. Koszt 3.- USD. ...Nie ważne dane słowo komuś, sprawa nie jego. Jakoś dzień zleciał.

Wypełnione formularze, zdjęcia, wpłacone pieniądze. Hugo zadzwonił w poniedziałek, umówili go do konsula na rozmowę we wtorek z rana. Dzień wypełniliśmy zaległą przejażdżką do Granady, miasta z tradycją historyczną od 1524 roku leżącego nad jeziorem „Niacaragua" („Lago Cocobolca"). Turystów ciekawi katedra „La Marced", Centralny Park z postojem konnych dorożek czkających na zwiedzających, Muzeum Artystyczne pamiętające czasy przed Kolumbem, praca wolontarialna w szkole języka „Spanish School", w której nauka odbywa się systemem uczeń - nauczyciel. Później Masaya, gdzie odbywają się festiwale tradycji hiszpańskiej, warsztaty grafiki za 8 godz. 30 dolarów. Jest słońce ale i wiatr, Nici z pływania. Zwiedziliśmy „Turystyczne Centrum Rekreacyjne" („Centro Turistico"). Posiedziałem 20 minut na słońcu by naładować swoje baterie i w drogę. Piękny widok na „kurczaka jezioro" („Lago de Pollo") podziwialiśmy siedząc nad Laguną de Apoyo" położonej 9 km od stolicy.

Wtorek. ...Podchodzimy do okienka. Gość, ważny pan konsul z okienka, od ktorego zależy decyzja, wypytuje Hugo na wszystkie sposoby. Mnie nie pytał, powiedział od razu, że nie może dać wizy bo prawo zabrania wydawania młodym. Koniec rozmowy. Odwołać się mogę do senatora w Arizonie. ...Wróciliśmy smutni obiegiem tej sprawy. Mirna jak zwykle przysłała obiad przez kelnera. Dziś: kurka, sałata, banany pieczone, fasolka, ryż z warzywami i sok z mieszanki owocowej.

...Na pożegnanie wyszła cała rodzina na ulicę: prababcia, babcia, mama i syn. Wszyscy mieszkają pod jednym dachem, wszyscy pilnują biznesu, sprzątają, zaopatrują biznes, w nim pracują. Tylko kucharki dochodne jak większa ilość gości. Wszystkie słuchają się Mirny jak nauczycielki.
...Prysznic orzeźwiający z beczek z nałapaną wodą, golenie i o 16:00 jechałem już w stronę Costa Rici. ...Aby do granicy. Pogoda słoneczna jak na zamówienie. Wieczorkiem jeszcze załatwiłem formalności graniczne: emigracja, policja, celnicy, turystyczne okienko, podatek za drogi, ubezpieczenie, kilkanaście kopii i 3 godziny z głowy. Przy załatwianiu urzędnicy oszukują z pieniędzmi, stale nie mają wydać reszty, zaokrąglają sumy, trzeba uważać. ...Po drugiej stronie trochę szybciej. Wyrobiłem się przed zamknięciem urzędowania o 24:00.

 

Costa Rica

...Zjechałem na nocleg, jak wszystkie TIR-y na strzeżony plac 14 km za granicą. Nie skorzystałem z wygód sanitarnych i popędziłem dalej, ...by szybciej, do Panamy, by odrobić straty czasowe. Wyrabiałem ledwo ledwo przy mijaniu się z TIR-ami na krętej drodze.

Jadąc pod górkę zauważyłem jak w „Zabawce" temperatura wody wzrosła. Zjechałem na kawałek płaszczyzny przed jakimś sklepem. Okazało się, że nie ma przykrywki wlewowej na chłodnicy. Gdzieś zgubiłem po drodze. Znów pech! Całe szczęście, że niedaleko było małe miasteczko. ...Działo to się 50 km przed San Jose. Jedna sprzedawczyni przyniosła mi wiadro wody i pomogła w rozładowaniu sprawy. Zatkałem szmatą wlew wody i bardzo wolno, bez gazowania, dojechałem do miasteczka pomocnego w kupieniu przykrywki. Tu przeważają japońskie samochody i do amerykańskich nie ma części. ...Jeden taksiaż doradził żebym pojechał na złomowisko i poszukał sam. ...Znów wody dolałem, żeby dojechać wolno do złomowiska. Przyszedł mi z pomocą właściciel złomowych samochodów i zadzwonił do swojego kolegi. Tamten do innego i znaleźli przykrywkę w sklepie z drugiej ręki. Poczekałem.. Całość kosztowała 5.- dolarów i pół dnia straconego.
...Jest już dobrze, pognałem dalej. Do granicy tego dnia już nie wyrobiłem się. Jechałem pokonując tysiące zakrętów, mgłę, deszczyk tropikalny i dżunglową scenerię.
O 18:00 zdecydowałem zatrzymać się na parkingu przy strzeżonej, z automatem w ręku, stacji benzynowej. Nocą jest niebezpiecznie jechać po nieznanej drodze. Dużo samochodów i jezdnia zapadnięta momentami na krawędziach i przeplatana czasami szerokimi szczelinami - skutkiem japońskiego trzęsienia ziemi. Za 5 dolarów zjadłem obiado-kolację (ryż z warzywami, fasolka, mięso, sałatka z lemoniadą własnej produkcji do popicia, do woli). Skorzystałem z prysznicu, TV całodobowo grającej.
Obudziło mnie słoneczko. Jechałem do granicy z Panamą, omijając dziury jak kratery wulkaniczne 20 -30 cm głębokości i obwodu kilkudziesięciu centymetrów, na których łatwo wykończyć przednie zawieszenie.


 Panama

Na granicy szybko zostałem odprawiony po obu stronach. ...Inny świat, droga z jednopasmowej wskoczyła w dwupasmową. Od razu „Zabawka" poczuła się lepiej i pognała szybciej w stronę stolicy. Betonowa nawierzchnia przyspieszyła tempo podróży. Ale do czasu, ...kiedy zobaczyłem migające światła na motocyklu. Policjant, nie wiem skąd wyskoczył i dogonił mnie. ...Od razu: dokumenty proszę, jeszcze nie sprawdził i już zaczyna pisać mandat. Ale musiałem odczekać chwilę, żeby powiedzieć mu, że nie jestem „gringo" tylko z Europy. Wysłuchał i nawet dał się sfotografować na motocyklu, ...skończyło się na miłej rozmowie. ...Musiałem już uważać na znaki, które są rozmieszczone rzadko przy drodze. Dlatego rzadko, bo ludzie kradną, więc trzeba się wpatrywać na jezdnię by dostrzec napisane znaki ograniczające szybkość i znak „szkoła" - zwolnić szybkość do 40 km/h.
Tak dobrze i szybko mi się jechało, że przegapiłem zjazd do przyjaciela sprzed lat, Amerykanina, który kupił wiele hektarów ziemi by wybudować park zabaw dla młodzieży. Byłem ciekawy postępu w zwariowanym pomyśle. ...Może w drodze powrotnej wstąpię.
...W znanym mi hotelu „Back Packers" w La Chorera, 35 km przed Panama City, zatrzymałem się by odpocząć i zrobić plan działania na najbliższe dni. ...Recepcjonistki, przemiłe Murzynki te same, poznały mnie od otworzenia drzwi, tylko zapomniały imię. Pokój z oknem na Zabawkę". Spałem spokojniej.

 Trochę liczb:

Przejechałem  w Nikaragui 246 mil ( 410 km)
                            w Costa Rice 386 mil ( 643 km)
                            w Panamie 420 mil ( 700 km)
W podróży jestem 19 dni.
Od startu przejechałem 4382 mil (7,300 km), na benzynę wydałem około 500.- USD

 

 

 

NAVTO OnLinewięcej
Zarządzanie flotą pojazdówwięcej
Ochrona przeciwkradzieżowawięcej
Ubezpieczeniawięcej
Pomoc Technicznawięcej
Newsletterwięcej
GEOLOKwięcej
ASTOwięcej
Odwiedź AutoGuard nawięcej
2010-2012 © AutoGuard S.A. All rights reserved